Legenda o Amadeuszu, demonie z Gliwic
Wśród popękanych płyt gliwickiego bruku, między resztkami gołębich piór i plamami, które tylko najstarsi mieszkańcy uznaliby za nieznaczące, istnieje miejsce, gdzie noc zawsze zdaje się gęstsza, a cisza – podszyta czymś, co przypomina szept. To tam, w cieniu wieży kościelnej i mrocznych zaułków Targów, narodził się on – Amadeusz, demon pod postacią gołębia, szary jak popiół, a jednak o oczach czerwonych niczym piekło i błyszczących jak rozlana smoła.
Nie był zwykłym ptakiem, choć tak właśnie się przedstawiał. Z nieskończoną cierpliwością zasiadał na dachach, balustradach, kablach i stoiskach, gdzie członkowie Wydawnictwa Abyssos sprzedawali swe dzieła, obserwując czytelników – tych głodnych nowych światów, których dusze pachniały słowem i obsesją. Gdy spoglądali w jego stronę, nie potrafili oderwać wzroku. W ich umysłach pojawiały się myśli, które nigdy nie były ich. „Jeszcze jedna książka. Jeszcze jedna historia. Jeszcze jeden tom…”
Amadeusz nie zjadał ciał. On pożerał dusze. Wciągał je jak kurz między stronice, zaklepywał pomiędzy rozdziałami, trawił między przecinkami. Karmił się uwagą, ale smakował tylko tych, którzy wpadli w obsesję. Ofiary padały niepostrzeżenie – ubożali, zapominali o jedzeniu, spali z otwartą książką na piersi. Ich wzrok pustoszał, aż w końcu stawali się cichymi, lunatycznymi szeptaczami – ludźmi, którzy od rana do nocy powtarzali tytuły i cytaty, reklamując coś, czego już nie rozumieli.
Z czasem wiązano go z Wydawnictwem Abyssos. Niektórzy twierdzili, że jego pazury są atramentowe, a pióra utkane z odrzuconych manuskryptów. Inni przysięgali, że słyszeli jego głos – łagodny, melancholijny, o brzmieniu starego redaktora – który mówił im, co koniecznie muszą przeczytać.
Nie było jednak istoty, której nie można było zatrzymać. I oto pojawili się trzej, którzy stali się legendą:
Pandread – nieustraszony umysłem, pisarz o woli tak silnej, że potrafił wytrzymać spojrzenie Amadeusza bez mrugnięcia. Ich pojedynek trwał dwanaście godzin – bez słów, tylko w spojrzeniach i myślach. W końcu demon zadrżał. Po raz pierwszy od wieków poczuł głód… i odrazę. Odwrócił wzrok.
Mista Cracen – istota osobliwa, której dusza była tak rozmyta między snem a jawą, że Amadeusz nie potrafił jej uchwycić. Cracen zdominował go nieświadomie – swoim zmęczeniem, absurdem, brakiem logiki. Demon zbliżył się do jego świadomości i… zgubił się. Do dziś omija go z lękiem.
S.I.O.Ł. – biomechaniczny mech literacki, bez serca, bez duszy, zbudowany z kabli, kodów i algorytmów. Amadeusz przysiadł mu kiedyś na ramieniu, próbując wniknąć przez gniazdo USB. Nie znalazł nic. Odbił się jak od lodu. S.I.O.Ł. jedynie zarejestrowała obecność, oznaczyła jako Ptak klasy C: Nieistotny, i kontynuowała przetwarzanie zapisu dialogów z Trylogii.
Dziś Amadeusz wciąż krąży nad każdymi targami i konwentami, gdzie przebywa Abyssos, szczególnie przy premierach. Gdy tylko ktoś spojrzy w niebo i pomyśli: „Czy ja naprawdę potrzebuję kolejnej powieści?” – może być już za późno.
Niektóre dusze są smaczniejsze, gdy nie są pewne.
[Zapis przechowywany w Archiwum Abyssos, skrzynka E-17, plik: „Ptak-Szeptacz.GLF”]
